Izę poznałam podczas Nocy Kupały na Stawach Stefańskiego w Łodzi. Przedstawiła się jako wiedźma. Nie jest pierwszą wiedzącą ani ostatnią, którą poznaję podczas słowiańskich wydarzeń. Z Izą jednak szybko złapałam dobry kontakt w ciągu kilkunastu minut, gdy udałyśmy się na spacer, by poszukać ziół, które nadają się na Palinockę. Okazało się, że rośliny przemawiały do nas tym samym językiem. Podczas naszej pierwszej rozmowy dowiedziałam się, że Iza zostawiła swoją dotychczasową pracę, ponieważ nabrała pewności, że wiedźmowanie to zajęcie, do którego została stworzona. Zawsze więcej niż inni czuła, widziała, miała różne zdolności, ale bała się tej inności i nie chciała się przyznać, nawet przed sobą, że jest WIEDŹMĄ.
Jak to jest być wiedźmą?
Od dziecka widzę istoty niekoniecznie żywe, niekoniecznie miłe i sympatyczne. I tak też jestem ukierunkowana. Ale zajmuję się też dywinacjami, między innymi tarotem, różdżkami, biotensorami, wahadełkami. Pracuję też nad jasnowiedzeniem i jasnowidzeniem. Taka wiedźmucha ze mnie.
Mówisz, że pracujesz nad jasnowidzeniem. Jak można sobie takie zdolności wypracować?
Cierpliwością, konsekwencją i przede wszystkim zaufaniem do samej siebie. Bo ja przez wiele lat negowałam swoje zdolności. Logika krzyczała, że to się nie dzieje, że to tylko mój wymysł. Ale kiedy odpuściłam tę logikę i zaufałam sama sobie, to zrozumiałam, że jeśli czuję, że coś się stanie, to się rzeczywiście stanie. Ta magia jest głęboko we mnie i już się nie boję, że coś się wydarzy. Jestem po prostu na to przygotowana.
Czyli ta praca nad sobą to jest akceptacja swoich zdolności?
Tak, to jest akceptacja i rozwijanie tych wszystkich zdolności, żeby głębiej je rozumieć, żeby lepiej je wykorzystywać zarówno w swoim życiu, jak i w życiu tych, którzy do mnie przychodzą. Pracuję nad sobą, bo wciąż jeszcze miewam wątpliwości i brak pewności siebie.
Skoro widujesz różne byty przyczepiające się do ludzi, często im szkodzące, to nie boisz się zmierzyć z czymś takim?
Już nie. Jakbyś mnie zapytała o to piętnaście lat temu, oczywiście, że bym się bała. Prawdopodobnie ewakuowałabym się i twierdziłabym, że nie jestem odpowiednią osobą. Natomiast na przestrzeni lat miałam bardzo różne doświadczenia, w tym różne ataki demoniczne, i byłam sama z moją małą córeczką, więc tak naprawdę to ona dała mi siłę, żeby powiedzieć: „Nie”. Zrozumiałam, że jak ja się nie postawię, to jej się stanie krzywda. I to był taki bodziec, który dodał mi odwagi, siły i pokazał, że jestem w stanie z tym cholerstwem walczyć na różnych płaszczyznach i w różnych wymiarach, bo w demonologii tak naprawdę nie mamy tylko demonów słowiańskich, częściej spotykam się z chrześcijańskimi.
Jak rozróżniasz, czy byt jest chrześcijański, czy jest słowiański? Uważasz, że byty chrześcijańskie przybyły z tą religią? Skąd one się biorą?
Chrześcijanie stworzyli wiele bytów zgodnie z zasadą: co mówimy, myślimy, to też kreujemy. Tak one powstały. Prawdopodobnie tak samo jak słowiańskie oraz te w innych kulturach: japońskiej, hinduskiej czy germańskiej. To jest wynik intencji, myśli, czyli magii. Na przykład ludzie mówią: „Diabeł idzie”, „Diabeł zobaczył”, „Diabeł mu kazał” i wtedy ładują energię w tę istotę. I nawet nie muszą wymieniać jej z imienia.
Dlaczego te byty przyczepiają się do ludzi?
Pozwalamy im na to swoim strachem. Sprzyja temu gorszy okres w życiu, obawy i hejt, który się pojawia wszędzie. Te czynniki tworzą furteczkę do różnych bytów, a te podczepiają się i czynią dużo złego. Kiedyś bym się ich bała, natomiast teraz wiem, jak z nimi walczyć, teraz potrafię konkretnie powiedzieć: „Nie, to nie jest twoje miejsce, wracaj do siebie”.

Skoro ma wracać do siebie, to gdzie konkretnie?
Jeżeli to jest byt, który się po prostu przyplątał, bo ktoś miał gorszy nastrój, albo bawił się w jakieś wywoływanie duchów, albo był na cmentarzu i nie zastosował podstawowego BHP, albo w szpitalu, gdzie ludzie umierają i gdzie jest dużo nieszczęścia, to taki byt odsyła się po prostu tam, skąd przyszedł, czyli albo do tego szpitala, albo na ten cmentarz. W przypadku bytów słowiańskich jest łatwiej, bo można je odesłać do Nawii, poprosić Welesa o wsparcie. Natomiast jeżeli ktoś ma klątwę rodową, jest już trudniej. To czasochłonny proces, bo nie odeślesz jej do nadawcy, gdyż ten zazwyczaj już nie żyje. Taka klątwa jest zazwyczaj wielopokoleniowa. Wtedy takie coś trzeba odesłać do tak zwanej otchłani albo do miejsca, gdzie jest bardzo dużo światła. Musi to być miejsce, gdzie nie będzie miało absolutnie możliwości zaszkodzenia komukolwiek.
W jakim sensie to widzisz? W jakiej formie? Czy to ma jakiś kształt?
Nie zawsze to ma kształt, to zależy od jego mocy. Czasem jest tak, że przy człowieku widzę taką czarną chmurkę. Innym razem czuję obcy byt tylko energetycznie, mam wtedy ciarki, moje ciało krzyczy, że coś jest nie tak. Nie widzę tego, ale to coś widzi mnie. Są też bardzo stare byty, tak nakarmione człowiekiem i tak naładowane jego cierpieniem, bólem, że potrafię je zobaczyć tak jak ciebie. To się bardzo rzadko zdarza, widziałam to trzy razy w życiu.
Czy one mają wtedy ludzki kształt?
Nie. Widzę je w ich oryginalnej postaci, w takiej paskudnej, którą trudno do czegokolwiek porównać. To nie wygląda jak w horrorach, gdzie przychodzi diabeł z rogami, czerwonymi oczami, pazurami i kopytami. Chyba że sobie tak będziemy to wyobrażać — wtedy w takiej postaci może nam się ukazać. One jednak wyglądają przeróżnie. Ich ślepia nie zawsze są czerwone, zresztą czerwone oczy niekoniecznie świadczą o czymś złym. I nie zawsze muszą mieć oczy. Czasami zapach też robi robotę. Jeśli smród pojawia się znikąd, bez powodu, i towarzyszą temu mdłości, bóle głowy, poczucie niepokoju, to jest sygnał, że coś złego nadchodzi. Oczywiście przed tym też można się chronić, zabezpieczać. Nie jest to łatwe, bo im silniejsza energia, tym trudniej się obronić, a jeszcze gdy ma się kryzys emocjonalny, jest naprawdę ciężko.
W jaki sposób się ich pozbywasz?
Jeśli to jakiś podczep, byt mniejszego szczebla albo urok, można się ich pozbyć normalnymi, ludowymi sposobami, takimi jak okadzanie lub kąpiel z solą. Jeśli sól nie zadziała, można dodać jeszcze zioła.

Fot. Monika Maciewicz
Do wody w wannie trzeba dać soli?
Tak. Zapalasz białą świeczkę z intencją wzmocnienia ochrony i oczyszczenia, lejesz sobie ciepłej wody do wanny, bo ta kąpiel ma być też przyjemna, i dodajesz trzy łyżki bądź trzy łyżeczki soli. Liczba trzy jest magiczna. Uwielbiam trójki.
Ja też. W moich książkach często używam tej liczby. Jakie zioła dodajesz do takiej oczyszczającej kąpieli?
Powinno się dodać nieparzystą liczbę ziół, i to takich apotropeicznych jak czarcie żebro, pokrzywa, bylica czy dziurawiec.

Fot. Monika Maciewicz
Czy wsypujesz je do wanny, czy tylko wlewasz z nich odwary?
Większość ludzi woli wywar. Każdy stosuje, co mu bardziej odpowiada. Jeśli chcemy zrobić wywar, bierzemy po łyżce ziół i gotujemy przez piętnaście minut, a następnie dolewamy do wody. Ja bardzo lubię wrzucać rośliny prosto do wanny i poleżeć w tych „farfoclach”.

Fot. Monika Maciewicz
Wchodzimy do wody, leżymy chwilę, a kiedy czujemy, że ciało się nagrzewa, wizualizujemy, że ta woda jest oczyszczająca, że ma w sobie naprawdę magiczne właściwości. Ważna jest intencja, bo samo wejście do wanny nie pomoże. Zaczynamy się obmywać tą wodą. Jeśli gnębią nas negatywne myśli — obmywamy głowę. Jeśli nie wypowiedzieliśmy czegoś, co nas dręczy lub wkurza — gardło. Jeśli przepełniają nas emocje wynikające ze spraw sercowych: zazdrość, smutek, żal — myjemy okolice serca. Gniew osadza się w brzuchu i z niego się oczyszczamy. Nogi symbolizują ruch, więc oczyszczamy je, żeby odciąć się od toksycznej osoby albo ruszyć dalej, coś osiągnąć. Leżymy tak i wizualizujemy — ważne, żeby to, co nam szkodzi, co nas boli, wyobrazić sobie w ciemnym kolorze. Nie musi być od razu czarny, ale ma być ciemny. I w momencie, kiedy się oczyszczamy, trzeba pomyśleć, że oczyszczamy się właśnie z tego.
Możesz mi doprecyzować, o co chodzi z tymi ciemnymi kolorami?
Na przykład czujesz, że coś cię bardzo mocno denerwuje, bo ktoś zalazł ci za skórę. Wtedy wizualizujesz sobie, że masz w brzuchu taką ciemną chmurkę. I w momencie, kiedy się oczyszczasz, zmywasz ją.
Zatem to jest kwestia zwizualizowania negatywnych emocji w postaci ciemnej kuli, tak?
Mniej więcej.
Jakiej soli powinno się używać do takiej oczyszczającej kąpieli? Kuchennej, bocheńskiej czy jeszcze innej?
Niektóre koleżanki po fachu robią sól czarownic. Może też być zwykła sól zmieszana z ziołami. Jeżeli takiej nie mamy, to zwykła sól kuchenna — byle nie sól kąpielowa, bo ta ma w sobie sztuczne barwniki i olejki zapachowe, które utrudniają działanie.
Jak jeszcze można się chronić oprócz oczyszczającej kąpieli?
Radzę okadzić przestrzeń domu ziołami. Można też postawić kubek soli z lewej i z prawej strony od drzwi mieszkania, żeby to, co złe, nie weszło, a nieżyczliwi szybko wyszli. Zachęcam też do rozwieszania w domu różnych symboli ochronnych.

Fot. Monika Maciewicz
A co z odbijaniem złej energii, która w nas uderza?
Skupiałyśmy się dotąd na ściąganiu złej energii, ale na odbijanie też mamy wiele metod. Najlepsza to wizualizacja, że masz lustro albo nim jesteś, i odbijasz. Można też stworzyć bańkę ochronną, czyli zwizualizować sobie światło, które nas otacza od stóp aż po czubek głowy — ono również odbija to, co niechciane. Kolejny sposób to gesty: figa z makiem, skrzyżowanie rąk, nóg, palców — wtedy zamykamy dostęp do siebie.
Czy tylko doradzasz, czy też sama podejmujesz działania oczyszczające?
Gdy ktoś prosi mnie o wsparcie, najpierw z nim rozmawiam, bo na podstawie rozmowy jestem w stanie stwierdzić, czy ta osoba na pewno doświadcza takich sytuacji, czy może ma po prostu trudniejszy okres w życiu i tłumaczy sobie różne niepowodzenia obecnością bytów. Próbuję też się dowiedzieć, czy to coś jest związane z lokalizacją, czy jest przyczepione bezpośrednio do człowieka.
Jeśli ktoś chce, oczywiście może do mnie przyjechać — wtedy go okadzę, przetoczę po nim jajo, przeleję wosk i się pomodlę. Jeżeli jest coś poważniejszego, sama zapraszam do siebie.
Ostatnimi czasy coraz częściej jeżdżę do ludzi, którzy mają takie problemy, zwłaszcza gdy byt atakuje w danym miejscu i trzeba się do niego wybrać.
Jeśli rozmawiasz z kimś w zwykłej codziennej sytuacji i zauważasz, że ta osoba ma podczepiony jakiś byt, to informujesz ją o tym?
W takich okolicznościach nie poruszam tego tematu. Mamy XXI wiek, wszyscy żyją nowościami technologicznymi, mało kto wierzy w magię, a tym bardziej w istoty, które nam towarzyszą. Nie każdy jest gotowy na taką informację. Trzeba też pamiętać, że nie każdy byt jest zły. Jeśli więc ktoś nie prosi mnie o analizę, nie wychodzę przed szereg. Poza tym taka informacja może źle wpłynąć na czyjąś psychikę i tym samym szerzej otworzyć przestrzeń dla danego bytu. Wtedy tylko pytam, czy ktoś potrzebuje czegoś na ochronę, albo sugeruję kąpiel oczyszczającą. To lepsze niż: „Słuchaj, masz podczepione to i tamto, strzeż się”. Tak to nie działa. Z mojej praktyki wiem, że ludzie różnie reagują, i jeżeli sami nie proszą o pomoc czy poradę, to nie ma sensu. No i nie każdemu da się pomóc.
Powiedziałaś wcześniej o cmentarzu, że trzeba tam przestrzegać zasad BHP. Co miałaś na myśli?
Na cmentarzu jest mnóstwo energii, niekoniecznie negatywnej, aczkolwiek taka też bywa. Moja nauczycielka magii ludowej uczyła mnie, że na cmentarz wchodzimy z dobrą intencją i nie dotykamy cudzych grobów. Jeśli to zrobimy, możemy coś obudzić, złapać niepotrzebny ładunek energetyczny. Może on zaszkodzić, coś zabrać, spowodować chorobę, ale może to być też byt, który będzie pomagał. Oprócz tego nie powinno się iść między groby z rozpuszczonymi włosami, bo gdy włos upadnie na cmentarną ziemię, można zachorować. Wychodząc z cmentarza, zanim przekroczy się próg, trzeba powiedzieć, że nikt i nic złego nie ma prawa iść za nami, że nie ma na to naszej zgody. Wtedy jest mniejsza szansa, że jakiekolwiek cholerstwo pójdzie w ślad za nami.
Zaskoczyłaś mnie, bo ja od kilku lat mam taką manię, że jak jestem na cmentarzu przy grobach bliskich, to zawsze mam potrzebę dotknięcia grobowca i tak robię.
Ja robię to samo przy grobie mojego taty. Zasady BHP zasadami, ale z bliskimi jest trochę inaczej.
Jest jeszcze jedno miejsce — kurhany. Są bardzo stare, starsze od egipskich piramid, i ja tam czasem przychodzę, i też mam potrzebę ich dotknięcia.

Są miejsca na cmentarzach przypominające trochę miejsca mocy. Jeżeli na dany grób przychodzi mnóstwo osób z szacunkiem, z wdzięcznością, bo ten człowiek wiele dobrego zrobił za życia, można się tam doładować dobrą energią. Ale trzeba pamiętać: wychodząc, nie pozwalaj niczemu złemu iść za sobą.
A powiedz mi jeszcze o tarocie. Skoro do ciebie ktoś przychodzi z pytaniem, to w jaki sposób łączysz tę osobę z rozkładanymi kartami?
Jestem tylko przekaźnikiem. Nigdy nie robiłam żadnych kursów tarota — jestem intuicyjna i kładę karty od ponad dwudziestu lat, odkąd byłam nastolatką. Żeby dobrze ukierunkować pytanie do kart, muszę zobaczyć energię danej osoby. Dlatego jeśli ktoś chce, żebym rozłożyła mu karty, zazwyczaj spotykamy się osobiście albo łączymy się przez kamerkę. Samo imię i nazwisko, bez daty urodzenia, niewiele mi mówi — ile w Polsce jest Ann Kowalskich? Wolę bezpośredni kontakt. Wyjątkiem są osoby, które już znam i z którymi się wcześniej spotkałam — wtedy wiem, jak się z nimi energetycznie połączyć, żeby dobrze im powiedzieć, co je czeka.

Fot. Monika Maciewicz
Czy uważasz, że tarot mówi coś o przyszłości?
Tak, to narzędzie, które może powiedzieć zarówno o przeszłości, teraźniejszości, jak i przyszłości. Mam jednak problem z jednoznacznymi przepowiedniami — nie potrafię powiedzieć, że za trzy miesiące wydarzy się coś konkretnego, tylko raczej opisuję ciąg zdarzeń: najpierw stanie się to, potem tamto. Z kart można wyciągnąć orientacyjny zakres dat, na przykład na podstawie znaków zodiaku — jeśli wypadną Bliźnięta, to okres od połowy maja do połowy czerwca; jeśli Diabeł, to raczej Koziorożec. Z małych arkanów da się określić tygodnie, ale bardzo nie lubię precyzować co do dnia czy godziny — uważam, że tarot na to nie pozwala. To tylko jedno z narzędzi wróżebnych.
Gdy sama sobie układam tarota, zawsze mam wrażenie, że karty pokazują to, co siedzi w mojej głowie — wizualizują tylko to, co jest we mnie.
Dlatego nie wolno podchodzić do kart w silnych emocjach, w złości czy gniewie, ale też nie w nadmiernej euforii — to również jest nasz ładunek energetyczny, który przekazujemy kartom. Wtedy tarot często nie pokazuje prawdy, tylko to, co chciałybyśmy usłyszeć, albo to, co nam się wydaje. Dlatego wyciszenie przed rozkładaniem kart jest tak ważne, a przy samym rytuale zawsze pali się świeca — dla ochrony.
Krąży przesąd, że kładąc karty tarota, sprzedaje się duszę — to nieprawda. Tarot to pierwotnie część gry karcianej wymyślonej w XV wieku we Włoszech. Dopiero później zaczęto z niego wróżyć.

Fot. Monika Maciewicz
A jakie świece zapalasz i na jakie intencje je dobierasz?
W dużym stopniu kieruję się kolorystyką, bo każdy kolor ma swoje znaczenie — dla mnie liczy się bardziej kolor niż zapach, choć oczywiście zapachowe świece też można stosować. Tak to postrzegam ja — inna wiedźma może inaczej, bo każdy ma prawo do własnej percepcji.
Świece można też obtoczyć w ziołach — najpierw trzeba je oczyścić nad ogniem, zwłaszcza jeśli nie robiłyśmy ich same, bo różni ludzie je dotykają i zostawiają w nich swoją energię.
Biała świeca daje największe wyciszenie i dobrze sprawdza się podczas medytacji, pomaga połączyć się z intuicją. Jest też uniwersalna — można jej nadać dowolną intencję.
Żółta sprzyja zdobywaniu wiedzy, komunikacji i kreatywności, czasem używam jej też, żeby wesprzeć zdrowie.
Pomarańczowa wzmacnia, ale sprowadza też pieniądze i dobrobyt.

Fot. Monika Maciewicz
Fioletowa to kolor typowo intuicyjny, używany przy rozwijaniu zdolności parapsychicznych.
Niebieska daje spokój i równowagę. Zapalam ją, gdy odprowadzam duszę — rzadko, ale się zdarza, zwłaszcza gdy dusza jest oporna i nie chce odejść — albo gdy chcę zapewnić spokój innym duszom czy przodkom.
Zielona, podobnie jak złota, sprowadza dobrobyt, zdrowie i pomyślność.
Czarna to mój ulubiony kolor, bo najwięcej pracuję właśnie z czarnymi świecami. To kolor oczyszczający i odcinający — dobry, gdy chcemy się czegoś pozbyć albo usunąć blokady. Najlepiej wtedy zrobić dodatkowo krąg z soli wokół świecy.
Czerwona i różowa rzadziej trafiają w moje ręce, bo nie zajmuję się problemami miłosnymi. Czerwona wiąże się z seksualnością i cielesnością, a nie z miłością romantyczną. To też kolor siły — dobry, gdy trzeba mocniej wyrazić swoje zdanie i postawić granice — ale nie warto zapalać go zbyt często, bo można stać się bardziej agresywnym. To w końcu kolor walki.

Różowa odnosi się do miłości romantycznej i kobiecości. W połączeniu z jaśminem albo płatkami kwiatów wzmacnia kobiecą energię — a często zdarza się, że kobiety w gąszczu codziennych obowiązków przechodzą w energię męską, stają się bardziej zadaniowe i logiczne, tracąc kontakt z intuicją i delikatnością. Sama czasem, zamiast różowej, zapalam białą świecę z dużą ilością jaśminu, żeby wzmocnić w sobie kobiecość — i rzeczywiście to działa, coraz bardziej to u siebie widzę.
Co wpłynęło na to, że przestałaś się bać swoich zdolności i zaczęłaś je akceptować?
Około 12–13 lat temu byłam nawiedzana przez takie cholerstwo, aż tak się wkurzyłam i zacietrzewiłam, że nie pozwolę więcej na to i wtedy do mnie dotarło, że mam tę sprawczość. W chwili, gdy pokonałam największego swojego demona, zrozumiałam, że skoro pomogłam sobie, to mogę też pomóc innym.
I wtedy podjęłaś decyzję, że zaczniesz się tym parać, czy to był tylko moment uświadomienia sobie swoich możliwości?
Wtedy już zaczęłam się tym parać, weszłam w rytualistykę, zaczęłam tworzyć swoje własne rytuały, modlitwy i odkryłam wtedy bogów słowiańskich, co bardzo mnie wzmocniło. Pierwszym z bogów, którego bardzo mocno poczułam, był Weles, który jest m.in. bogiem magii. Pamiętam, gdy złożyłam mu pierwszą ofiarę. To było w lutym podczas Welesowego święta. Byłam bardzo przejęta. Miałam wprawdzie książkę, którą mogłam się kierować, ale chciałam wszystko zrobić po swojemu. I wtedy pomodliłam się do Welesa, żeby dał mi jakiś znak, że wiedźmucha ze mnie i że powinnam pójść tą drogą. I dał. Luty. Mieszkanie jest świeżo po remoncie, wygipsowane, pomalowane ściany. Nigdzie nie ma ani jednej dziurki. Wieczorem siedzimy z mężem przed telewizorem i nagle nasz pies zrywa się i zaczyna tropić. Odsuwamy stół, a tam śpiący nietoperz. Skąd w zimie nietoperz w wyremontowanym mieszkaniu? To znak od Welesa! Nietoperza wyniosłam na strych, żeby tam spokojnie dospał do wiosny, ale dla mnie to był oczywisty znak. Do tego miewałam sny prorocze, sny, w których bogowie i przewodnicy utwierdzali mnie, że mnie wspierają i żebym robiła swoje. Od tamtej pory czuję takie skrzydła za sobą, które popychają mnie.
I teraz rozwijasz w sobie dar jasnowidzenia?
Jasnowidzenia, jasnowiedzenia, jasnosłyszenia. Dotąd stosowałam głównie ludowe metody, ale powoli zaczynam stosować energetyczne, czyli wchodzę w pole energetyczne drugiego człowieka i wyrzucam te byty, które są zakorzenione wielopokoleniowo albo siedzą tak głęboko, że nie jestem w stanie ich dostrzec zmysłem wzroku.
Czy zdradzisz nam, w jaki sposób doładowujesz swoją energię? Bo przecież zużywasz ją w takich praktykach.
Doładowuję ją na łonie natury, głównie w lesie. Także przez kontakt ze zwierzętami — jak wspomniałam, mam psa. Dużo energii daje mi też muzyka.
Jeśli ktoś chciałby się z tobą skontaktować, to jak to powinien zrobić? Gdzie cię powinien szukać?
Jestem na Facebooku , na Instagramie i na TikToku jako Szepty Izabeli. Jesienią powstanie również strona internetowa, poprzez którą będzie można się ze mną skontaktować. Jeśli ktoś potrzebuje pomocy — to na pewno mnie znajdzie.
Rozmawiała Monika Maciewicz